27.01.2013

„Ona tańczy dla mnie”, czyli PŚ w Zakopanem 2013. Part 1.




     Ojejkujejku. Jest już koniec stycznia, a my w Zakopanem byłyśmy na początku. Taak, trzeba w końcu spisać to, co się tam wydarzyło. Nie mogłyśmy narzekać na nudę, tym bardziej, że tak wiele się działo [chociaż w Zako byłyśmy jedynie do soboty rano]. Nie będziemy jednak tutaj wszystkiego wypisywać, bo cóż, niektóre rzeczy powinny zostać tylko dla nas ;)


   Zaczniemy od początku.

    Najgorzej było z pakowaniem. Co wziąć, ile tego wziąć i gdzie to spakować? Fajnie by było gdyby na wyjazd nie brać ogromnej torby, tym bardziej, że ten wyjazd to trzy dni. Ale i tak się nie udało. Zwyczajnie za dużo tego było, swetry były za grube i w ogóle na co komu zima? Dlatego też wyjeżdżając z domu nasze myśli obracały się wokół jednego: to nasz ostatni Puchar Świata [potem jeszcze nie raz dochodziłyśmy do podobnych wniosków].

     Do Zakopanego miałyśmy jechać w środę po lekcjach, więc wiadomo – akurat w ten dzień niczego nie dałyśmy się rady nauczyć. Poważnie. Bo jak można spokojnie siedzieć na lekcjach, wiedząc, że już jutro ujrzy się wspaniałych, rażących w oczy swą urodą i talentem, jedynych i niepowtarzalnych skoczków?
     Ale udało się. Przetrwałyśmy. Potem z drobnymi problemami udało nam się zapakować do autobusu i wyruszyć w drogę.
     Kiedy dotarłyśmy w końcu do pokoju [który, tak swoją drogą, był idealny i do tego blisko Krupówek i skoczni] rzuciłyśmy wszystko na podłogę, wzięłyśmy jabłuszka [te do jazdy na śniegu] i poszśmy podbijać skocznię. Nie, nie Wielką Krokiew.

     Plan – teoretycznie – był bardzo prosty. Chciałyśmy zjechać z buli. W praktyce okazało się to jednak znacznie trudniejsze. Oczywiście najpierw był problem z wejściem na jedną ze skoczni, a jak już się udało, to okazało się, że jeszcze trudniej jest zjechać. Przynamniej zjechać tak, by śnieg nie znalazł się nagle w spodniach i ogólnie tam gdzie nie powinien się znaleźć.

     W czwartek do Zakopanego mieli przyjechać skoczkowie. Nie będziemy ukrywać, że najbardziej czekałyśmy na  Wspaniały Historyczny Unikatowy Wypasiony Autobus Austriaków. Gdyby nas stać było na taki autobus natychmiast byśmy się z domów wyprowadziły; w środku ma wszystko. Możesz w nim spać, jeździć na zakupy, a na dodatek na zewnątrz jest twoja podobizna. No żyć nie umierać! Ale tak już poważniej – w środku jest naprawdę wszystko [sauna, basen, jacuzzi – informacje z dobrego źródła, czyt. pana z siłowni].
     Do wieczora w sumie za dużo się nie działo – nie siedziałyśmy pod Hyrnym jak co poniektórzy wytrwali bywalcy tegoż miejsca. Powłóczyłyśmy się trochę po Zakopanem, powspominałyśmy sobie trochę i zaczęłyśmy się szykować na treningi i kwalifikacje. Które odwołano. Nie pozostało więc nic innego jak dalej się włóczyć.
     Poszłyśmy pod hotel.  Żeby było ciekawiej obeszłyśmy hotel dookoła [szukając Cudownego Autobusu między innymi]. Autobus znalazłyśmy. Stał sobie koło hotelu, za szlabanem jakby nigdy nic. I tu zaczęły się schody. Z natury jesteśmy trochę nieśmiałe, więc w sumie nie wiedziałyśmy czy tam podejść czy nie, ale spostrzegłyśmy stojące obok nas trzy dziewczyny, które żywo o czymś dyskutowały i jednak było widać, że głównym tematem w tej dyskusji jest Cudowny Autobus.
     Podeszłyśmy do nich grzecznie, zapytałyśmy czy też chcą zdjęcie przy Autobusie, ale okazało się, że one już pod nim były, zdjęcia sobie zrobiły, ale chciałyby mieć jeszcze sesje ze skoczkami, którzy podobno tam siedzieli. Trochę nam zajęło zdecydowanie czy tam w takim wypadku iść czy nie. Bo jednak kompromitacja w naszym wykonaniu, zaraz przed nosami skoczków...No ciężko. Ale poszłyśmy z nowo poznaną Anią. 
     Akurat koło autobusu stał worek, prawdopodobnie ze śmieciami, więc Ola kulturalnie go przestawiła i tym oto sposobem miałyśmy sesje pod Cudownym Autobusem już bez śmieci.  


     Kiedy tak sobie robiłyśmy te zdjęcia ktoś wyszedł z hotelu i wszedł do autobusu. Mhm, fajnie. I wpadłyśmy na genialny pomysł. A gdyby tak kulturalnie zapukać i zapytać się czy ktoś ze skoczków znajdujących się w środku mógłby sobie z nami zrobić zdjęcie? Potem poszłyśmy o krok dalej i chciałyśmy się zapytać, czy w ogóle do Autobusu możemy wejść i pozwiedzać. Ale po kolei.


     Ktoś z autobusu wyszedł, my we trójkę usunęłyśmy się w cień i obserwowałyśmy kto to. W końcu zdecydowałyśmy się podejść. Grzecznie zapytałyśmy się tego Kogoś, czy możemy zrobić sobie zdjęcie. Nawet nie zdążyłyśmy dokończyć, a ten najwyraźniej stwierdził, że chcemy sobie zrobić zdjęcie z NIM. Powiedział „tak”, a że w rękach dzierżył pokaźną zgrzewkę piwa, wręczył ją stojącej obok Asi. Tutaj ukazuje się głupota Joanny. Ta zamiast, brać tą zgrzewkę i uciekać jak najdalej od Kogoś i Cudownego Autobusu, stała jak głupia. W końcu Ktoś się zorientował, że chyba nie powinien dawać nikomu tej zgrzewki, bo w końcu jakaś osoba to zdjęcie musiała zrobić, a jakby jeszcze uciekła z tym piwem! Olaboga! Toż to wielka katastrofa by była! Nie dość, że w Wiśle okradziono ich ze sprzetu, to jeszcze w Zako ktoś zakosiłby im piwo!
    Odłożył Ktoś, więc zgrzewkę na schody Autobusu, zrobiłyśmy sobie dwa zdjęcia i.. Ktoś sobie wrócił tam skąd przyszedł.  Zanim drzwi z powrotem się zamknęły zdążyłyśmy podejrzeć niezłą kuchnię Austriaków, gdzie swoje tajemnice krył ich szef kuchni i Gregora siedzącego z miną „WTF?!”. My miałyśmy podobne miny, jak zdjęcia z Ktosiem były robione. Dobrze, jest pozować z kimś o kim nie ma się zielonego pojęcia.
     Tak czy inaczej, skoro już jesteśmy przy Cudownym Autobusie i Austriakach, trzeba Wam zdradzić, że oni naprawdę siedzą tam przez cały czas. Z dobrego źródła wiemy również, że pokoje mieli od strony Autobusu, więc w każdej chwili mogli się do niego udać. Z resztą co się dziwić? Naprawdę. Spójrzmy prawdzie w oczy – Hyrny nie jest jakimś pięknym hotelem i nie umywa się do Cudownego Autobusu w którym – jak już wspominałyśmy – mają wszystko. Naprawdę wszystko. 



     Wróciłyśmy we trójkę do pozostałych dwóch dziewczyn, które z bezpiecznej odległości obserwowały całe wydarzenie. Potem oczywiście miały się z kogo śmiać, że mamy zdjęcie z Kimś.
     Z dziewczynami umówiłyśmy się na następny dzień.


     Piątek był dniem w którym nie raz powtarzałyśmy sobie, że to nasz ostatni Puchar Świata. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz