1.02.2013

„Ona tańczy dla mnie”,czyli PŚ w Zakopanem 2013. Part 2.



    Kiedy otworzyłyśmy oczy, pierwsze co zrobiłyśmy to wyjrzałyśmy przez okno – byle tylko nie padał duży śnieg i nie wiał jakoś bardzo wiatr. Śnieg padał i to całkiem mocno, ale wiatru nie widziałyśmy. Na skoczni oczywiście zawsze inaczej to wygląda, ale modliłyśmy się, żeby dzisiejszy konkurs się jednak odbył.
     Z racji tego, że z pokoju miałyśmy wyjść dopiero  o 12:00 żeby coś zjeść, a potem iść pod hotel, do 11:00 siedziałyśmy w łóżkach i jadłyśmy. Całkiem dużo tam jadłyśmy, jakby na to nie patrzeć. I też niezbyt zdrowo - McDonald's! Tanio, tanio i jeszcze raz tanio, a to jest chyba najlepsze. W domu i tak mamy wpychają w nas tony surówek i innych takich rzeczy.
     Wyszłyśmy coś zjeść. Zanim w ogóle dotarłyśmy na Krupówki skompromitowałyśmy się dwa razy. Ale, żeby to tylko przed zwykłymi ludźmi – nie! – przed niezwykłymi też. Czyli skoczkami. Naprawdę trzeba być ślepym, żeby nie zauważyć trzech wysokich facetów, których w telewizji oglądamy co tydzień od 5 lat, a którzy idą wprost na ciebie.  My <3 Potem było jeszcze ciekawiej. Ciekawiej, bo kompromitująco i ciekawiej, bo jak to Ola mawia „poznałyśmy naszych ziomeczków” [ach, teraz bestfriendsy jesteśmy xd]
     Skoro już jesteśmy przy tym – jeszcze przed konkursem też ich spotkałyśmy, ale już obeszło się bez kompromitacji [i mieszania języków z czego powstał: polskoniemieckoangielski]. Najukochańsze było to, że sami nas zaczepili, bo my jak zwykle nic nie widziałyśmy xD. Z resztą ciężko, było nas nie zawołać, skoro takich debilek jak my to jeszcze nie poznali. Ale ogólnie wrażenie bardzo pozytywne, chociaż wydaje nam się, że do dzisiaj się z nas śmieją [nie nowina]. Dobrze, że jednak byłyśmy trochę ubrane to na LGP nas może nie rozpoznają, bo jeszcze uciekną jak nas zobaczą i zrezygnują ze skakania na rzecz ochrony swego zdrowia fizycznego jak i psychicznego.

     Przyszedł w końcu czas na wyjście z pokoju [to ostateczne!] i zarzekanie się, że to nasze ostatnie PŚ. Wiadomo – trzeba się ciepło ubrać, a jak się ciepło ubierzesz, to potem spróbuj się ruszyć. Nie da się.
     Dotarłyśmy pod hotel akurat pod koniec, kiedy to już resztki skoczków opuszczały go by jechać na skocznię. W tłumie znalazłyśmy nasze trzy nowo poznane dziewczyny do których od razu się przyłączyłyśmy. Udało nam się jeszcze upolować Simona Ammanna [uwielbiamy Go <3] i jeszcze niektórych skoczków, w tym Austriaków, którzy jednak do zdjęć nie pozowali i tylko Kofler rozdał te swoje karteczki z autografami. Za to Morgenstern nas przepraszał. Nas czyt. naszą piątkę. Przepraszał za wczoraj i za to, że z Cudownego Autobusu nie wyszedł, bo akurat był w bokserkach. I tańczył na stole.
     Kiedy Austriacy wsiedli do busa, my też ruszyłyśmy pod skocznię. Jedno trzeba nam przyznać: spostrzegawcze to my jesteśmy. Przebiega koło nas Kamil Stoch i Japończyk i, a my kapujemy się, że to skoczkowie i do tego koło nas biegli, kiedy są już daleko przed nami. Pozdro. 


     Dotarłyśmy pod skocznię. Trening rozpoczęty, a tu bramy zamknięte jeszcze. Ludzi pełno, kolejka długa; kulturalnie pchamy się do przodu. Udało nam się dopchać i przy okazji nie zostać zgniecionym, gdy już te bramy otworzyli. A potem wyścig. Pogubiłyśmy się nawzajem. Ludzie lecą na łeb na szyję po tym śliskim śniegu, schodach, byle tylko dobre miejsca zająć. Kiedy znalazłyśmy się w swoim sektorze, patrzymy, a tam Ania zaraz przy barierkach rozkłada się jak może i broni miejsca.
     Jest! Udało się! Wszystkie dotarły i wszystkie stoją w pierwszym rzędzie.
     Treningi przebiegły ogólnie sprawnie.
     W przerwach organizatorzy oczywiście jak nic się sprawdzili i w sumie dzięki Bogu za nich. Gdyby nie oni odmroziłybyśmy sobie to i owo. Tak, ubierz na siebie osiem warstw, a i tak zamieniaj się w kostkę lodu – ostatnie PŚ w naszym życiu.
     O konkursie za dużo pisać nie będziemy, w końcu przecież oglądaliście go w telewizji [byłyśmy trzy razy pokazane, ach my sławne :D]. Przebiegał on sprawnie, w miłej atmosferze, chociaż po pierwszej serii, jakiś.. pan wypił troszeczkę więcej, niż powinien i ubzdurał sobie, że musi przed kamerą pomachać swoją flagą z jakimś napisem. Tak zaczął machać, że dostawałyśmy po twarzy tą flagą – kochany. Potem się wepchał między nas i dalej sobie tą flagą machał. Ale co tu dużo mówić – źle trafił. Niby młode dziewczyny, ale poradzić sobie potrafią. My go nie chciałyśmy obok siebie, nie chciałyśmy też dostawać flagą po twarzy, a i innym kibicom zaczęło to wszystko przeszkadzać. Miałyśmy wrażenie, że jeszcze chwila, a zacznie się robić nieprzyjemnie, ale w końcu pan z flagą odpuścił i sobie poszedł. Potem na scenę wszedł Wiśniewski. Michał Wiśniewski. Nasz lider ukochanego zespołu z podstawówki. Wszystko fajnie, ale… no jakoś nie do końca to przełknęłyśmy, chociaż wszystkie w piątkę zawzięcie śpiewałyśmy piosenki Ich Troje. 


     W serii finałowej znów było dobrze. Prawie żadnych incydentów, prawie, bo pod koniec jakiś gość przyczepił się do Asi. Już nie wiemy do końca o co mu chodziło, ale prawdopodobnie o to żeby flaszkę gdzieś schować. Z resztą wiadomo jak to jest z takimi… podpitymi. Gość zaczął coś mówić o rodzinie, że jak Asia ma męża to rozumie, pytał się czy jest sama… No cóż, taki pijany gość. Ale jak się dowiedział, że Asia jest ze znajomymi to odpuścił. Dziwne. 

   
     Po konkursie – wiadomo – popędziłyśmy pod hotel. A pod hotelem już tłumy. Tłumy tłumów. Głownie nastolatki. Ale tłumy. Ogólnie to polowałyśmy na Austriaków [i Gregora], bo zdjęcia i byłyśmy ciekawe czy pójdą do swojego Cudownego Autobusu czy może do hotelu, a potem czy w ogóle z niego [z którego?] wyjdą.  
     Nie ma co ukrywać, że przez jakieś dwie godziny kursowałyśmy: główne wejście – Autobus. Kiedy byłyśmy pod wejściem rodziły nam się w głowie scenariusze, że Austriacy tak tylko odwracają naszą uwagę i kiedy my stoimy tutaj i ślinimy się na widok innych skoczków, oni cichcem przemykają do Autobusu. Natomiast kiedy byłyśmy obok Autobusu rozkminiałyśmy, że oni chcieli żebyśmy myślały, że odwracają naszą uwagę i teraz wchodzą sobie dumnie głównym wejściem. My <3
     Podczas tego naszego przemieszczania się uznałyśmy, że Japończycy są strasznie mili [stał taki jeden w oknie i za każdym razem jak przechodziłyśmy między hotelem, a Autobusem machałyśmy do niego, a on odmachiwał], Asia skompromitowała się po raz fafnasty poprzez uderzenie tyłkiem o lód, poznaliśmy Wampira i kolegę Wampira z Katowic z którymi zapozowałyśmy do zdjęcia, po czym oboje zniknęli [taka jakaś dwójka młodych do nas podeszła, zapytała się czy na nich czekamy, my, że tak, Ola stwierdziła, że zrobi zdjęcie, zrobiła i sobie poszli], przyłączyłyśmy się do śpiewania „Robert Mateja wróć!”, a Austriaków nie było nadal.
     W ciągu tego wszystkie zgłodniałyśmy, w pokoju nic nie miałyśmy, więc w trójkę z Magdą poszłyśmy do Biedronki po Wifony. Pod Biedronką też tłumy. Mniejsze tłumy, ale wciąż tłumy.  Kluczyłyśmy między tymi alejkami, aż Ola dostrzegła Jacobsena płacącego w kasie. Chyba usłyszał [jakimś cudem] że ktoś o nim wspomniał, bo spojrzał na nas. Ale jak spojrzał! Jakby się bał i jednoczenie błagał żebyśmy go w spokoju zostawiły. Biedak. My tylko po zupki i serek przyszyłyśmy.  
     Kiedy wróciłyśmy do dwóch pozostałych dziewczyn okazało się, że udało im się upolować Kamila Stocha i hm.. Wiśniewskiego. No, zazdrosne o Michała byłyśmy strasznie. Toż to Najjaśniejsza Gwiazda PŚ w Zakopanem 2013! Potem dziewczyny opowiadały, że Wiśniewski  strasznie pchał się do zdjęcia.
     A Austriaków nie było. Dobra w końcu przyjechali, Morgenstern wręcz wyrzucił walizkę z busa i w pięć sekund zniknął za drzwiami hotelu…
     Potem spędziłyśmy kolejne minuty na rozkminianiu, kiedy Austriacy w końcu z tego Autobusu wyjdą. A jak już wyszli to nikt ich nie zauważył. Oprócz Oli i Ani. 

      Tutaj rozpoczyna się rozdział pod tytułem Pogoń.
     Pogoń wyglądała następująco: dwie dziewczyny truchcikiem za ręce z przodu, trzy za nimi, spacerkiem, śmiejąc się z nich.
     Jako, że Ola brała w tym udział zapamiętała to następująco:
-ktoś wybiegł
-AUTY!
-poszłyyyy!
-chodnik  
-droga
-chodnik po drugiej str ulicy
-znów droga
-trzeba zrobić duża odległość żeby się nie zorientowali, że my na nich polujemy
-spod drzewka tak z 200m przed nimi wychodzimy xd
-Ania się ogląda i mówi że nie, to nie Auty
-kilka sekund później oglądamy się:  to auty
-Loitzl, Kraft,  Hayboeck i reszta do tej pory jeszcze nie ogarnieta xd
-Loitzl spierdzielił, bo był nie gustownie ubrany i nie chciał psuć zdjęcia
-reszta KOCHANA


      Nic więcej pisać nie trzeba. Oprócz tego, że Wolfgang rzeczywiście był tylko w dresie, więc mógł słabo wypaść na tle kolegów dlatego uciekł. 

     Dziewczyny dopadły biednych skoczków zaraz przy Krupówkach, więc zgodnie się na nie udałyśmy. Poszłyśmy  kawałek w dół, ale się zatrzymałyśmy z myślą, że może jeszcze jakiś Austriak będzie gdzieś szedł. Stałyśmy sobie tak trochę, aż Ola mówi głośnym szeptem, że to Thomas Morgenstern idzie. Reszta, że gdzie, że to nie on, ale Ola upiera się przy swoim. Porwała Anię [znowu] i pędzą za Morgensternem. A pozostała trójka patrzy się na nie jak na idiotki, ale idą za nimi. Dopiero jak zauważyły, że Ola i Ania robią sobie z kimś zdjęcie, coś je strzykło i pognały do Morgensterna i dwóch dziewczyn.
     
     Wspomnienia Oli cz. 2:
-pożegnały się z ziomeczkami z którymi nie chciały pójść do knajpy bo źle też ubrane były
– głupie my
-nie miałyśmy zdjęcia z Morgim, wiec hm.. a nóż widelec zaraz go zobaczymy. Ania jego
wierna fanka musiała mieć focie
-stanęliśmy jednym miejscu i dałyśmy sobie 15 min
-i Morgi przeszedł nie zauważony
-Ania - jego wierna fanka go nie zauważyła!
-ale spoko byłam ja - mózg operacji. To mowie że Morgi, laski że nie, nie, a ja tak, tak i poszłyyyy
-zachowanie bezpiecznej odległości
-sprawdzenie czy to on
-TO ON
-zdjęcie z klapką na aparacie
-i focia bez klapki
-i spacerek od razu - kochamy go

     Potem postałyśmy sobie jeszcze na tych Krupówkach, Ania musiała ochłonąć z emocji, że ma zdjęcie z Thomasem i z nim rozmawiała. Długo nie mogła dość do siebie. 

     Wypiłyśmy jeszcze po grzańcu potem, poszłyśmy po Morskie i zaczęłyśmy się ze sobą żegnać. Żegnałyśmy się jakieś pół godziny, ale w końcu udało nam się pożegnać.
     Z Olą do pokoju wracałyśmy drogą koło Hyrnego – godzina 23:00 ale stoją! Wytrwale ludzie stoją za co bijemy im brawo, bo nam by się nie chciało. Tym bardziej, że miałyśmy Thomasa na Krupówkach tylko dla siebie.
     Więcej już raczej nie ma co opowiadać. Poszłyśmy jeszcze pod skocznię, w drodze wspominałyśmy, i stwierdziłyśmy jednak, że na kolejny Puchar Świata jednak pojedziemy, nawet jeżeli zostaniemy bez palców u rąk czy nóg.
     W pokoju się spakowałyśmy i w sobotę wstałyśmy o 5:30 żeby o 6:30 wyjść na autobus. Poszłyśmy ostatni raz koło Hyrnego. Jakiś skoczek koło nas przebiegł, w niektórych oknach paliły się już światła i – uwaga – w Cudownym Autobusie Austriaków również.
     O 7:15 miałyśmy autobus, a o dziewiątej coś byłyśmy już w Krakowie. 


     Żałowałyśmy do końca przez cały dzień, myślałyśmy co w tej chwili w Zakopanem byśmy robiły, ale studniówkę ma się tylko raz w życiu, a na obóz treningowy raczej wypadałoby się wybrać, więc drugi konkurs w Zako nam przepadł. Ale spoko, spoko, odbijemy sobie za rok i nie tylko! :D  
    

2 komentarze: